|
W końcu wyruszyliśmy we
wspaniałe,
bezkresne przestrzenie stepowe. Zamiast ludzi i dużej ilość
jurt na przedmieściach podziwialiśmy puste, proste
drogi, ciągnące się aż po horyzont,
znajdujące się na horyzoncie
góry, stada
bydła,
koni i wielbłądów.
Gdzieniegdzie
zatrzymywaliśmy się na posiłki i kumys lub sute caj. O
zaletach kobylego mleka tak pisał B. Uryn:
"Mleko kobyle zawiera
wprawdzie mniej tłuszczu i białka niż mleko krowie, natomiast ma więcej
cukru mlekowego, jest bogate w witaminy, związki mineralne, enzymy i ciała
odpornościowe. Ma też znaczne właściwości odżywcze. Od stuleci kumys
zastępuje Mongołom nieobecne owoce i warzywa. DO dzisiaj działają (cieszące
się doskonałą opinią) sanatoria leczące kumysoterapią."
"...W miarę
przesuwania się z północy kraju na południe i wschód, góry oraz doliny
zastępują stepy. Szata roślinna staje się coraz bardziej uboga. Liczne
początkowo rzeki i jeziora zamieniają się w zbiorniki mocno zmineralizowane (zasolone), potem okresowe (wypełniane tylko latem).
Zielone, trawiaste stepy stają się coraz bardziej suche i wysolone,
zamieniając się w końcu w półpustynie i niewielką pustynię piaszczystą
(zaledwie 3-6% Gobi)..." (B. Uryn).
W stepie podróżuje od jednej
jurty do następnej, od jednej osady do drugiej. Miasteczka stepowe,
czasami składające się z kilku jurt, to miejsce odpoczynku, gdzie można
się pożywić, poobserwować toczące się tu życie, rozprostować kości ;-)
Większe osady to po
prostu szeroka, utwardzona droga, i ciągnące się
wzdłuż niej domki, czasami piękny dworzec kolejowy, albo
pomnik
radzieckiego zdobywcy kosmosu ;-) Wielokilometrowa droga nie jest
monotonna, ponieważ co jakiś czas można na niej spotkać owoo:
"...Tuż obok środka przełęczy znajduje się dziwny pagórek,
owoo. Według
dawnych wierzeń wśród duchów gór, dolin i potoków poczesne miejsce
zajmują straszne upiory szczytów gór. Podróżni muszą z nimi zawsze żyć w
zgodzie, bo w innym razie narażeni są na lawiny, obsunięcie się
ziemi, śnieżyce i wiele innych niebezpieczeństw. Dlatego składają ofiary
miejscowym duchom. Ofiarą może być jakiś ulubiony
przedmiot codziennego
użytku lub nawet włosy podróżnego,
coś, co może on ofiarować. Oczywiście
warunki nie pozwalają na to, by taka ofiara była prawdziwa, bo biedny
pasterz nie ma tyle skarbów, żeby mógł sobie pozwolić na pozostawienie na
każdej przełęczy i na każdym szczycie górskim czegoś wartościowego.
Dlatego rzeczywistą ofiarę „zastępuje” on czymś drobniejszym, i zamiast
ulubionej filiżanki zostawia w ofierze kawałek czerepu, zamiast ubrania -
szmatę. A gdy nie ma niczego, rzuca na stos, powiększany od stuleci
przez wszystkich podróżnych.
grudkę ziemi lub kamień.
Zwyczaj ten jest o
wiele starszy niż lamaizm. Na niektórych terenach Mongolii i Tybetu
przetrwał nawet do dziś, przybierając nieraz nowoczesną formę, na
przykład taką, że na stos rzuca się starą oponę samochodową. Zwyczaj ten
znany jest zresztą we wszystkich częściach świata, a. jednak uczeni
nazywają go owoo, biorąc nazwę z mongolskiego. My też zatrzymujemy się przy
owoo. Zgromadzone są tu obok siebie szmaty, dziurawe garnki, końskie
włosie, kości, podeszwy,
pieniądze. Znajdujemy tu także kamienną
tabliczkę z wyrytą tybetańskimi literami słynną czarodziejską
formułą Om mani padme hum..." (A. Rona-Tas)
|